Monday, 11 January 2010

5


Gijón. Fala właśnie przelała się przez molo. Schodziliśmy z widokowego wzgórza, a jednak najpiękniejszy widok krył się u jego stóp. Między dwoma zwykłymi domami, gdzie żyją zupełnie zwykli ludzie.

Gijón. A wave has just poured over the quay. We were walking down a viewing point on top of a hill, and yet the most beautiful view was hiding at its foot. Between two very ordinary houses, where completely ordinary people live.

4



Santiago de Compostela. Studenckie miasto, słynne z tego, że ciągle pada i z olbrzymiej katedry rozpływającej się w deszczu. My trafiliśmy na wiosenne słońce. Okna dumnie wypinały się zachłyśnięte nagłą przerwą od bezwględnego oddechu Atlantyku.

Santiago de Compostela. A student city famous for the fact it’s always raining there and for the huge cathedral melting away in the rain. We stumbled upon spring sun. The windows were strutting proudly, overwhelmed by the sudden break from the merciless breath of the Atlantic.

3


La Coruña. Osiedle. Odpowiednik Nowej Huty. Nawet można tam dojechać tramwajem. Albo łódką.

La Coruña. A housing estate. The equivalent of Nowa Huta. You can even get there by tram. Or by boat.

2


Santander. Miasto oferuje darmowe rowery, na których przemierzamy klify, plaże, promenady, port. To pierwsze spotkanie z morzem po zimie. Czas staje w miejscu. Woda lekko drży, chmury przelewają się powoli. Rowery oddajemy ze smutkiem, a nocą śnimy o życiu z tym piaskiem w butach od poniedziałku do niedzieli.

Santander. The city offers free bicycles on which we go along the cliffs, the beaches, the promenades, the port. This is our first meeting with the sea after winter. Time stops. The water shivers lightly, the clouds float over slowly. We give back the bicycles with sadness and at night we dream of a life with that sand in our shoes from Monday till Sunday.

Thursday, 7 January 2010

12

Dwanaście chwil zatrzaśniętych w cyfrowej pułapce pikseli. Skradzionych, porwanych, przemocą wywiezionych. A wszystko po to, bym mogła podrażnić swoją pamięć, tak okropnie niedoskonałą kiedy porównać ją z perfekcją aparatu. Dwanaście chwil, którym łatwiej będzie przetrwać upływ czasu, bo coś mnie tknęło, aby wyjąć aparat i popełnić typowe przestępstwo turysty – skopiować zamiast zapamiętać, utrwalać zamiast przeżywać. Jednak teraz nie mam nawet cienia wyrzutów sumienia. Bo gdyby nie ten występek, umknąłby mi ten rowerek, brud tego krzesła na stadionie, mgła wijąca się ponad portem. I od razu zaczynam myśleć o tych wszystkich rzeczach, których nie skradłam swoim trzecim okiem i o których zapomniałam jak tylko za rogiem pojawiło się coś nowego, nowszego, zawsze nowszego. Dwanaście.


Twelve moments locked in a digital pixel trap. Stolen, kidnapped, forcibly taken away. And all this just so that I could tease my memory, so utterly imperfect when you compare it with the perfection of the camera. Twelve moments that will survive the flow of time more easily, because something made me take it out and commit a tourist’s typical crime – copying instead of memorising, making it last instead of experiencing. Yet now my conscience is completely clean. Because if it hadn’t been for this mister meaner the little bike, the dirt of that stadium seat, the fog rolling over the port would have escaped me. And straight away I start thinking of all the things that I haven’t stolen with my third eye and that I forgot as soon as behind the corner appeared something new, newer, always newer. Twelve.


1.

Madryt. Podglądamy. Te stopy w rajstopach to rzadki widok. Tutaj nie ściąga się butów. Nawet w domu. Myśli lecą ku polskim zwyczajom i odwiecznemu zażenowaniu gościa, zmuszonego do obnażenia stóp, jakkolwiek mało reprezentacyjne by nie były.

Madrid. We are peeping. Those feet in tights are a rare sight. Here you don’t take off your shoes. Not even at home. Thoughts flying towards the Polish customs and the ever-lasting embarrassment of a guest, forced to bare his feet, no matter how unpresentable they may be.

Tuesday, 24 November 2009

Wspomnienia fotograficzne 1



Na północy Hiszpanii jest miasto, którego symbolami są pająk, budynek-ryba i rzeźba psa wyśniona z kwiatów. Miasto obrośnięte górami, z którego surferzy jeżdżą na plażę metrem. Miasto baskijskich beretów, przekąsek i starych magazynów ustawionych grzecznie wzdłuż rzeki. Z baldachimem górsko-morskich chmur. Od 700 lat w bolesno-błogich objęciach pobliskich szczytów, chroniącyh miasto zarówno przed groźbą inwazji, jak i ułudą ekspansji. Według wszystkich brzydsze od swych nadmorskich sąsiadów przez los obdarzonych złotym piaskiem. Dla nas bardziej bliskie i bratnie niż te nieziemskie piękności. Bilbao.

Photo memories 1

In the north of Spain there is a city, whose symbols are a spider, a fishlike building and a statue of a dog dreamt out of flowers. A city overgrown with mountains, from which surfers goes to the beach by metro. A city of Basque berets, snacks and warehouses, standing obediently along the river. With a baldachin of mountain-maritime clouds. For 700 years in a painful-blissful embrace of the nearby peaks that protect the city both from the threat of invasion and the illusion of expansion. According to everybody, uglier than its seaside neighbours, which fate presented with golden sand. For us, closer and more brotherly than those beauties not from this earth. Bilbao.