Monday, 9 August 2010

Reaktywacja

Pytanie 1:
Czy Twoje kości skrzypią jak stare krzesło, stary szprychy w rowerze, stare schody na strych?


Pytanie 2:
Czy Twoja krew ścięła się jak galaretka raczej bezsmakowa, bez dodatku cukru, ni to agrest, ni pomarańcz, ni malina?


Pytanie 3:
Czy Twoje stopy swędzą Cię i puchną, mimo pumeksu, kremu, opierania o ścianę i butów oddychających, relaksujących?


Jeśli opisane symptomy są Ci nieznane, spójrz w lustro i pogratuluj sobie, bo znalazłeś swoje miejsce we właściwym czasie. Jeśli odpowiedź na którekolwiek z powyższych pytań brzmi ‘tak’, zapraszam do dalszej lektury.


Sposoby na reaktywację systemu:


OPCJA PIERWSZA: zmiana fryzury, tatuaż, zapuszczanie wąsa, zmiana stylu z ZARY na H&M lub odwrotnie, buty w nietypowym kolorze, wzorzysty zestaw pościeli z IKEI.


OPCJA DRUGA: nowe hobby (od przyziemnych po uduchowione, od aerobiku po jogę, od nauki języka po szydełkowanie, od kursu dla kierowców wyścigowych po zbieranie żelazek).


OPCJA MOJA: wyjechać.


602 kilometry na północny zachód od Madrytu, na niewielkiem półwyspie wbijającym się jak młotek w Atlantyk, opiera się sile wiatru i fal moje kolejne miasto. Nazywa się A Coruña, jest położona w części Hiszpanii o swojskiej nazwie Galicja i z lotu ptaka wygląda tak:





Sunday, 23 May 2010

El Camino de la Liga; Koniec

15 miast, 20 drużyn. 51 strzelonych goli. 18700 kilometrów. Samolotem, pociągiem, autobusem, samochodem, taksówką, metrem, na nogach. 9 miesięcy.
A wszystko dzięki chlopięcej zachciance, dzięki kolekcji piłkarskich szalików i koszulek, szczelnie zawiązanych w dużym worku na śmieci, na dnie szafy pewnego szkockiego chłopca. To tam się wszystko zaczęło.
Gdyby nie ta zachcianka, nie byłoby mnie teraz w pociągu między miastem, które ukochał sobie Hemingway, a miastem, w którym niespodziewanie przyszło mi spędzić 2 lata. Wśród wielu innych, ominęłoby mnie również spacer po ulichach pachnących jaśminem i pomarańczami, muzuem złapane w rybią łuskę, krowa żująca trawę w polu z widokiem na rozwiane morze, blask świątecznych ozdób na palmach.
Nasz ślad rozciąga się po półwyspie jak pajęczyna. Ma jeden centralny punkt i wiele symetrycznie rozchodzących się odnóg. Do lepkich od ciekawości nici przylepiały się jak muchy wyjazd po wyjeździe, pełne życia stworzenia zlepione ze wspomnień i wrażeń. Teraz nastał czas pająka, który zanim uda się w kolejne miejsce, musi lekko i zwinnie przejść po usnutych przez siebie niciach i, połykając skrzętnie wszystkie stwory napotkane po drodze, uchronić je od uschnięcia i zapomnienia.
Zieleń gór, palm, rzek w wąwozie, butelek po winie, trawy łąk. Suchy kolor ziemi pooranej przez rolników, przez czas, przez wyschnięte strumienie. Lekka biel wiatraków, żagli, piany na groźnych falach. Czerń wulkanu, karaluchów, nocy widzianej z pociągu, smutnych oczu przegranych.
Wszystkie chwile nieistnienia, kroki i wizyty bez śladu, immunitet odwiedzającego, nieszkodliwość przyjezdnego spojrzenia, niewinność pierwszego i być może ostatniego razu.
Wszystko to na zawsze pozostałby nieodkryte i niedoświadczone, gdyby właściciel tamtego worka na śmieci nie wpadł na swój futbolowy pomysł.

Pająk chrupie po cichu i już myśli, gdzie by tu usnuć kolejną sieć.

El Camino de la Liga; The End

15 cities, 20 teams. 51 goals. 18,700 kilometers. By plane, by train, by bus, by car, by taxi, by metro, on foot. 9 months.
Everything thanks to a boyish whim, thanks to a collection of football scarves and tops, tightly tied in a big bin bag, at the bottom of one Scottish boy’s wardrobe. That’s where it all started.

If it weren’t for that whim, I wouldn’t be on a train now, traveling from a city that Hemingway fell in love with to a city where I happened to live for 2 years. Among many others, I wouldn’t have been given the chance to walk along streets smelling of jasmine and oranges, to see a museum caught in fish scales, a cow chewing on grass with a view over a windy see, the glitter of Christmas decorations on palm trees.

Our trace stretches across the peninsula like a spider web. It has one central point and many symmetrically spreading arms. Our trips, one after the other, got caught in the sticky spider threads like flies, creatures full of life, put together from memories and impressions. Now it is the spider’s time, but before it can go to another place, it will have to lightly and agilely creep along its threads and swallow all the creatures found on the way, to protect them from going dry or being forgotten.

The greenness of mountains, palm trees, rivers in gorges, wine bottles, grass on meadows. The dry colour of soil, ploughed by farmer, by time, by dry streams. The whiteness of windmills, sails, foam on dangerous waves. The blackness of the volcano, cockroaches, a night seen from a train, the losers’ sad eyes.

All the moments of a traveler’s non-being, steps and visits without a trace, a visitor’s immunity, the harmlessness of the sightseeing eye, the innocence of the first and maybe the last time.
All this would have remained undiscovered and unexperienced if the owner of that bin bag hadn’t come up with his football idea.

The spider is eating quietly, thinking of where to spin its next web.

Saturday, 13 March 2010

Wiadomości

Dużo rzeczy zmienia się, kiedy się wyjedzie. Klimat, dieta, praca, zwyczaje, język, sposób mówienia. Także grubość skarpetek (na wełniane tu za ciepło, a pół roku można w ogóle nie nosić), ilość herbaty wypijanej na rok (pije się tylko w miesiące zimowe, i to pod badawczym spojrzeniem tubylców, pytających się, czy abym nie chora), stosunek do rzeczy zbędnych (no bo co ja potem zrobię z drugim zestawem pościeli, 10 ręcznikami i foremką do ciasta?), poczucie dystansu (co daleko w Krakowie, blisko w Madrycie), stosunek do imigrantów (bo przykład patrzy na mnie z lustra) i inne detale.

W lutym największą zmianą dla mnie była sprawa wiadomości. Na oglądanie wiadomości przeznaczam dokładnie wyliczone 15 porannych minut, które potrzebne mi są na pochłąnięcie miski musli z owocami i jogurtem. Te 15 minut wystarcza mi na ogół, żeby zdobyć więcej loklanych informacji niż moi uczniowie. (Hiszpanie nie jadają śniadań, a jeśli już to w zadymionej kawiarni gdzieś po drodze do biura.) Szybki rzut oka na stronę BBC uzupełnia moją powierzchowną wiedzę, dopiero w weekend można sobie pozwolić na luksus rozkładania gazety na stole w kuchni przy niezbędnym kubku kawy.

Tak, to prawda. Przyznaję się. Nie wiem, co jest w polskich wiadomościach. Co najwyżej jakieś nagłówki, na prędce przeczytane i wyrwane z kontekstu jednozdaniowe podsumowania. Po prostu mam wakacje od polskich wiadomości. Taka dłuższa awaria w połączeniu. Nieuaktualniony system. Wiem jednak, że nie jestem jedyna. I że wcale nie trzeba żadnego wyjazdu, by zapaść w ten stan negacji i izolacji. Z tego co wiem, to nie każdy tak naprawdę śledzi kto komu dał, kto z kim się nie zgodził, co kto komu odburknął i gdzie jest Doda.

Ale w lutym coś się stało. Nagle zabrakło mi i wiadomości, i telewizji ,i gazet, i rozmów, i emocji, i zgadywania dystansu zanim podadzą oficjalny wynik. Zaczęła się Olimpiada.

Igrzyska pojawiły się tu rzecz jasna w wiadomościach i nawet były jakieś relacje na żywo. Ale nic z ekscytacji. Ot, po prostu, ciekawostka, oddalona stąd nie tylko o ocean, ale także o cały bagaż kulturowy i klimat półwyspu. No i bardzo mierne wyniki hiszpańskiej reprezentacji.

Więc nagle zamiast czytać o tym, co Zapatero powiedział do Rajoy’a (nasze wersja Donalda i Kaczki), czytałam o tym, jak daleko, jak szybko czy też jak dobrze pojechali nasi. I zatęskniłam za tym wszystkim, czego się niedocenia. Ci niezawsze przygotowani komentatorzy. Te śmiesznie wyglądające studia telewizyjne. Te rodzinne obiadki serwowane jako surówka do skoków Adama. To wstawanie nad ranem, by coś obejrzeć spod półprzymkniętych powiek.

Wszystko to zostawiłam za sobą wyjeżdżając i dopiero teraz, w połowie lutego, po 18 miesiącach, zdałam sobie sprawę, że w ogóle miałam kiedyś coś takiego jak zimową Olimpiadę.

Ciekawe, co jeszcze zostawiłam, zakwalifikowane do kategorii rzeczy niezmiennych i oczywistych. Jak zapas soli w szafce. Jak dobranocka o 19-tej i wiadomości o 19.30. Jak skarb zakopany w ogrodzie, o istnieniu którego nigdy się nie wiedziało.

The news

A lot of things change once you’ve left. The climate, your diet, your work, your habits, your language and they way you talk. Also the thickness of your socks (it’s too warm to wear woolen ones and you don’t need any for six months a year anyway), the amount of tea you drink a year (you only drink it during winter months and then under the locals’ scrutinizing look, asking you if you’re not sick by any chance), your attitude towards unnecessary things (because what will I do with a second bedding set, ten towels and a baking tray?), your sense of distance (what was far in Krakow, is close in Madrid), your approach towards immigrants (an example of one stares at you in the mirror) and other details.

In February the biggest change for me was the news. Watching the news takes up exactly 15 morning minutes which I need to consume a bowl of muesli with fruit and yoghurt. These 15 minutes are normally enough to absorb more news than my students. (Spanish people don’t usually eat breakfasts and if they do, it’s in a smoky bar on the way to the office.) A quick look at the BBC website completes my superficial knowledge and it’s not until the weekend that I can indulge myself with the luxury of opening the huge newspaper sheets over my table, with a mandatory cup of coffee.

Yes, it’s true. I admit it. I don’t know what’s happening in the Polish news. Some headlines at the most, quickly read and taken out of context one-sentence summaries. I’m simply on holiday from the Polish news. Just a longer failure in connection. Unupdated system. But I know that I’m not the only one and that you don’t need to leave at all to fall into this state of negation and isolation. As far as I know, not everybody follows who paid whom, who fell out of with whom, who muttered something and where Doda is.

But in February something happened. All of a sudden I started missing the news, and the telly, and the papers, and the conversations, and the emotion, and guessing the distance before they give the official results. The Olympics started.

The games of course appeared on the news here and there even was some live coverage. But no excitement. Simply a curiosity, not only an ocean, but also a culture and climate away. And also very poor results of the Spanish representation.

So instead of reading about what Zapatero said to Rajoy (a version of Brown and Cameron), I was reading about how far, how fast and how well we performed. And I started missing all the things you take for granted. The not always prepared commentators. The funny looking TV studios. The family dinners served like a salad to Adam’s jumps. Getting up at dawn to watch a competition with your eyes half-open.

I left all this behind when I left and it wasn’t until almost 18 months later, midway through February, that I realized that I even had such a thing like Winter Olympics.

I wonder what else I have left behind, put into the category of unchangeable and obvious things. Like having some salt at home. Like the ‘goodnight’ cartoon at 7 and news at 7.30. Like a treasure buried in the garden, whose existence you didn’t even know of.

Monday, 8 February 2010

Zwiedzanie niedokończone

Jak dobrze, że nie można wszystkiego zobaczyć. Że zawsze jakaś ulica się schowa, jakieś muzuem się zamknie zanim je znajdziemy, jakaś kolejka górska nie będzie działać z powodu wiatru, pociąg do podmiejskiej wioski ucieknie z peronu. Któregoś placu nie znajdziemy, apetytu nie starczy nam na każdy przysmak, a panorama polecana w przewodniku chwilowo rozpłynie się w deszczu. Zgubimy się w drodze do parku, będziemy zbyt zmęczeni by wspiąć się na zamkowe wzgórze, bańka na pięcie będzie ważniejsza niż druga strona rzeki.

Ten system niedokończonego zwiedzania jest znacznie tańszy i pewniejszy niż moneta wrzucona do fontanny. W końcu każda rzecz, której nie uda się nam doświadczyć, to znacznie lepszy powód do ponownych odwiedzin, niż mały kawałek matelu rdzewiejący na dnie jakiejś raczej brudnej sadzawki.

Jak dobrze, że nie trzeba wszystkiego zobaczyć.

***

Unfinished sightseeing

Just as well that you can’t see everything. That some street will always hide, some museum will close before we find it, some cable car will be closed due to the wind, a train to a suburban village will run away from the platform. We won’t find some square, we won’t have a big enough appetite for all the delicacies and the panoramic view recommended in the guidebook will, for the time, being melt away in the rain. We will get lost on the way to the park, we will be too tired to climb the castle hill, a blister on our heel will be more important than the other side of the river.

This system of unfinished sightseeing is much more economical and secure than a coin thrown into a fountain. After all, each thing we don’t manage to experience is a much better reason for a revisit than a little piece of metal rusting away at the bottom of some rather dirty pond.
Just as well that you don’t have to see everything

Sunday, 31 January 2010

Lokomotywa

Kiedy miałam dwa latka, dostałam zabawkę, która wyjątkowo utkwiła mi w pamięci. Była to mała kolorowa lokomotywa. Nazywałam ją Lotula. Miała wszystko, co prawdziwa lokomotywa powinna mieć – komin, koła i miejsce dla maszynisty. Ale dla mnie najważniejsze było co innego. Lotula była lokomotywą wyjątkową – miała sznurek i dzwonek. W miarę jak stawiałam swoje niepewne kroki, Lotula podążała za mną, jak pies na smyczy. W miarę jak podążała za mną, jej koła szły w ruch, a wraz z nimi mały dzwonek. I tak spędziłam kilka dobrych wakacyjnych miesięcy każdego roku z moją Lotulą, odkrywając świat po swojemu. Lotula była moim pierwszym biletem do wolności, której potrzebę tak dobrze rozumieli wtedy moi rodzice. Dzięki Lotuli mogłam wędrować prawie bez ograniczeń – jedynym ograniczeniem był słuch moich rodziców. Kiedy dzwonek Lotuli powoli ucichał, znaczyło to, że zawędrowałam zbyt daleko jak na rozmiar moich stóp w plastikowych sandałkach. Wtedy szybko przenosili mnie z obrzeży do centrum świata, który w rzeczywistości był mała doliną w gaju oliwnym. Centrum tego świata była grupka namiotów i kilka turystycznych krzeszeł. Ale tak długo jak pozostawałam w zasięgu ich sluchu, byłam wolna i wracałam z własnej woli.

Nie wiem, co stało się z Lotulą. Tak jak inne zabawki zniknęła gdzieś, zapomniana i niedoceniona. Być może pewnego dnia urwał się sznurek lub rozpadły się kółka, bez których dzwonek stracił swą bezcenną moc i czar Lotuli prysł. A może jest gdzieś dalej w jakimś starym pudle, skazana zna emeryturę wśród zabawek, które okazały się być mniej wpływowe.

Dzisiaj, siedząc w hiszpańskim pociągu nowej generacji, który jedzie z prędkością 300 km na godzinę i którego kosmicznie wyglądająca lokomtywa w niczym nie przypomina mojej Lotuli, myślę sobie, że tak naprawde dalej wędruję po tamtym gaju pełnym oliwek. Nie potrzebuję już ani sznurka, ani dzwonka, nie ma też plastikowych sandałków, a jednak kilka rzeczy w ogóle się nie zmieniło. Kiedy jest mi źle lub kiedy ogarnia mnie strach, wracam do centrum. Z każdym dniem mam ochotę iść dalej i dalej i za każdym powrotem, muszę pokonać większy dystans. Nie zmieniła się też ta wolność, którą tak sprytnie i wcześnie przekazali mi rodzice w postaci plastikowej zabawki. Wolność wyboru, drogi i sposobu.

I może to właśnie jest odpowiedź na to nieznośne ‘dlaczego’ omijane przez mnie z daleka, nie tylko w rozmowach z najbliższymi. Dlaczego wyjeżdżasz, dlaczego nie mieszkasz tu, dlaczego cię nie ma, dlaczego wybierasz, a nie akceptujesz tego, co wybrano za ciebie.
Może to wszystko sprawka Lotuli.

A locomotive

When I was two years old I got a toy which especially stuck in my memory. It was a small colourful locomotive. I named it Lotula. It had everything that a real locomotive should have – wheels, a chimney and a seat for the driver. But for me the most important thing was something else. Lotula was a special locomotive – it had a piece of string and bell. As I was making my first insecure steps, Lotula would follow me, like a dog on a leash. As it was following me, its wheels would move, setting the bell into motion. And so I spent at least a couple summer months each year with my Lotula, exploring the world in my own way or to my own liking. Lotula was my first ticket to freedom, the need of which my parents understood so well at that time. Thank to Lotula I was able to wander almost without any limitations – the only one was my parents’ hearing. As the sound of the bell was slowly dying away, it meant I had wandered too far for the size of my feet in little plastic sandals. Then they would carry me back from the outskirts to the centre of the world, which in reality was a small valley in an olive tree forest. The centre of this world was a bunch of tents and some folding chairs. But as long as I stayed within their hearing range, I was free and would return out of my own accord.

I don’t know what happened to Lotula. Just like other toys, it disappeared somewhere, forgotten and unappreciated. Maybe the string broke one day and the wheels feel apart, without which the bell lost its priceless power and Lotula’s magic vanished. Or maybe it’s still there, in some old box, condemned to a retirement among toys which turned out be less influential.

Today, sitting on one of the new generation of Spanish trains, travelling at 300 km per hour, a train whose cosmically looking locomotive does not resemble my Lotula in the slightest, I think I am still wandering in that forest full of olive trees. I don’t need a string or a bell and I don’t have plastic sandals either, yet some things haven’t changed at all. When I’m not well or when fear gets hold of me, I return to the centre. Every day I feel like going further and further, and with each return I need to cover a greater distance. The freedom, which my parents so cleverly and early handed over to me in the shape of a plastic toy, hasn’t changed either. A freedom of choice, way and manner.

And maybe this is an answer to the unbearable ‘why’, which I’ve been giving such a wide berth to, not only in conversations with the ones who are closest to me. Why are you leaving, why aren’t you living here, why aren’t you here, why are you choosing instead of accepting what has been chosen for you.

Maybe it’s all Lotula’s doing.

Tuesday, 26 January 2010

O pogodzie. About the weather.

Najlepiej mówi się o pogodzie. Komentarze sprowadzają się do jednego. Ale zimno, ale wieje, co z tym ogrzewaniem, zimno mi, chodźmy na kawę, dosyć mam tej zimy, ileż można, basta! W każdym sklepie, kafejce, kiosku, biurze, autobusie... Wszędzie ta sama historia, to samo tupanie butami, to samo chuchanie i zacierania zmarzniętych palców. No i od czasu do czasu przekleństwo pod nosem.

I tu potykam się o własne niedopasowanie.

Bo mi nie jest zimno. Wręcz przeciwnie. Większość czasu jest mi gorąco i w przeciwieństwie do wszystkich z ulgą wychodzę na zewnątrz, uciekajac od przegrzanych i od tygodni niewietrzonych pokoi (wszelka próba otwarcia okna równa się z atakiem powszechnej paniki).

Żeby sprawa była jasna – średnia temperatura to plus 5 w porywach do ponad 10, jest sucho, czasem powieje, czasem coś kapnie.

Chodzę sobie więc tak okropnie niedopasowana i czekająca na wiosnę, żeby znowu móc uczestniczyć w rozmowach o pogodzie. Ale będzie to czas krótki, bo jak tylko zacznie się lato, znów się potknę – o niekończące się strużki potu na skroniach i worki pod oczami po nocach nieprzespanych z gorąca.
***
It’s best to talk about the weather. All the comments boil down to one thing. It’s so cold, it’s so windy, what’s wrong with the heating, I’m freezing, let’s go for a coffee, I’m fed up with this winter, enough is enough, basta ya! In every shop, cafeteria, kiosk, office, bus… Everywhere the same story, the same stomping of boots, the same huffing and puffing and rubbing frozen fingers. And an occasional murmured swearword.

And here I stumble over the fact that I don’t fit in.

Because I’m not cold. Quite the contrary. Most of the time I’ m hot and unlike everybody else, it’s a relief for me to go outside and escape from the overheated and for weeks unaired rooms. (Any attempt at opening a window triggers a general panic attack).

Just to clarify – the average temperature is plus 5 rising to over 10 at times, it’s dry, sometimes the wind blows a little, sometimes a wee bit of rain drops from the sky.

So here I go terribly out of place and waiting for spring when I will be able to take part in the weather banter again. But that will only last a short time, for as soon as the summer starts I will stumble again – over the beads of sweat running down my temples and bags under my eyes because of nights made sleepless due to the heat.