Monday, 8 February 2010

Zwiedzanie niedokończone

Jak dobrze, że nie można wszystkiego zobaczyć. Że zawsze jakaś ulica się schowa, jakieś muzuem się zamknie zanim je znajdziemy, jakaś kolejka górska nie będzie działać z powodu wiatru, pociąg do podmiejskiej wioski ucieknie z peronu. Któregoś placu nie znajdziemy, apetytu nie starczy nam na każdy przysmak, a panorama polecana w przewodniku chwilowo rozpłynie się w deszczu. Zgubimy się w drodze do parku, będziemy zbyt zmęczeni by wspiąć się na zamkowe wzgórze, bańka na pięcie będzie ważniejsza niż druga strona rzeki.

Ten system niedokończonego zwiedzania jest znacznie tańszy i pewniejszy niż moneta wrzucona do fontanny. W końcu każda rzecz, której nie uda się nam doświadczyć, to znacznie lepszy powód do ponownych odwiedzin, niż mały kawałek matelu rdzewiejący na dnie jakiejś raczej brudnej sadzawki.

Jak dobrze, że nie trzeba wszystkiego zobaczyć.

***

Unfinished sightseeing

Just as well that you can’t see everything. That some street will always hide, some museum will close before we find it, some cable car will be closed due to the wind, a train to a suburban village will run away from the platform. We won’t find some square, we won’t have a big enough appetite for all the delicacies and the panoramic view recommended in the guidebook will, for the time, being melt away in the rain. We will get lost on the way to the park, we will be too tired to climb the castle hill, a blister on our heel will be more important than the other side of the river.

This system of unfinished sightseeing is much more economical and secure than a coin thrown into a fountain. After all, each thing we don’t manage to experience is a much better reason for a revisit than a little piece of metal rusting away at the bottom of some rather dirty pond.
Just as well that you don’t have to see everything

Sunday, 31 January 2010

Lokomotywa

Kiedy miałam dwa latka, dostałam zabawkę, która wyjątkowo utkwiła mi w pamięci. Była to mała kolorowa lokomotywa. Nazywałam ją Lotula. Miała wszystko, co prawdziwa lokomotywa powinna mieć – komin, koła i miejsce dla maszynisty. Ale dla mnie najważniejsze było co innego. Lotula była lokomotywą wyjątkową – miała sznurek i dzwonek. W miarę jak stawiałam swoje niepewne kroki, Lotula podążała za mną, jak pies na smyczy. W miarę jak podążała za mną, jej koła szły w ruch, a wraz z nimi mały dzwonek. I tak spędziłam kilka dobrych wakacyjnych miesięcy każdego roku z moją Lotulą, odkrywając świat po swojemu. Lotula była moim pierwszym biletem do wolności, której potrzebę tak dobrze rozumieli wtedy moi rodzice. Dzięki Lotuli mogłam wędrować prawie bez ograniczeń – jedynym ograniczeniem był słuch moich rodziców. Kiedy dzwonek Lotuli powoli ucichał, znaczyło to, że zawędrowałam zbyt daleko jak na rozmiar moich stóp w plastikowych sandałkach. Wtedy szybko przenosili mnie z obrzeży do centrum świata, który w rzeczywistości był mała doliną w gaju oliwnym. Centrum tego świata była grupka namiotów i kilka turystycznych krzeszeł. Ale tak długo jak pozostawałam w zasięgu ich sluchu, byłam wolna i wracałam z własnej woli.

Nie wiem, co stało się z Lotulą. Tak jak inne zabawki zniknęła gdzieś, zapomniana i niedoceniona. Być może pewnego dnia urwał się sznurek lub rozpadły się kółka, bez których dzwonek stracił swą bezcenną moc i czar Lotuli prysł. A może jest gdzieś dalej w jakimś starym pudle, skazana zna emeryturę wśród zabawek, które okazały się być mniej wpływowe.

Dzisiaj, siedząc w hiszpańskim pociągu nowej generacji, który jedzie z prędkością 300 km na godzinę i którego kosmicznie wyglądająca lokomtywa w niczym nie przypomina mojej Lotuli, myślę sobie, że tak naprawde dalej wędruję po tamtym gaju pełnym oliwek. Nie potrzebuję już ani sznurka, ani dzwonka, nie ma też plastikowych sandałków, a jednak kilka rzeczy w ogóle się nie zmieniło. Kiedy jest mi źle lub kiedy ogarnia mnie strach, wracam do centrum. Z każdym dniem mam ochotę iść dalej i dalej i za każdym powrotem, muszę pokonać większy dystans. Nie zmieniła się też ta wolność, którą tak sprytnie i wcześnie przekazali mi rodzice w postaci plastikowej zabawki. Wolność wyboru, drogi i sposobu.

I może to właśnie jest odpowiedź na to nieznośne ‘dlaczego’ omijane przez mnie z daleka, nie tylko w rozmowach z najbliższymi. Dlaczego wyjeżdżasz, dlaczego nie mieszkasz tu, dlaczego cię nie ma, dlaczego wybierasz, a nie akceptujesz tego, co wybrano za ciebie.
Może to wszystko sprawka Lotuli.

A locomotive

When I was two years old I got a toy which especially stuck in my memory. It was a small colourful locomotive. I named it Lotula. It had everything that a real locomotive should have – wheels, a chimney and a seat for the driver. But for me the most important thing was something else. Lotula was a special locomotive – it had a piece of string and bell. As I was making my first insecure steps, Lotula would follow me, like a dog on a leash. As it was following me, its wheels would move, setting the bell into motion. And so I spent at least a couple summer months each year with my Lotula, exploring the world in my own way or to my own liking. Lotula was my first ticket to freedom, the need of which my parents understood so well at that time. Thank to Lotula I was able to wander almost without any limitations – the only one was my parents’ hearing. As the sound of the bell was slowly dying away, it meant I had wandered too far for the size of my feet in little plastic sandals. Then they would carry me back from the outskirts to the centre of the world, which in reality was a small valley in an olive tree forest. The centre of this world was a bunch of tents and some folding chairs. But as long as I stayed within their hearing range, I was free and would return out of my own accord.

I don’t know what happened to Lotula. Just like other toys, it disappeared somewhere, forgotten and unappreciated. Maybe the string broke one day and the wheels feel apart, without which the bell lost its priceless power and Lotula’s magic vanished. Or maybe it’s still there, in some old box, condemned to a retirement among toys which turned out be less influential.

Today, sitting on one of the new generation of Spanish trains, travelling at 300 km per hour, a train whose cosmically looking locomotive does not resemble my Lotula in the slightest, I think I am still wandering in that forest full of olive trees. I don’t need a string or a bell and I don’t have plastic sandals either, yet some things haven’t changed at all. When I’m not well or when fear gets hold of me, I return to the centre. Every day I feel like going further and further, and with each return I need to cover a greater distance. The freedom, which my parents so cleverly and early handed over to me in the shape of a plastic toy, hasn’t changed either. A freedom of choice, way and manner.

And maybe this is an answer to the unbearable ‘why’, which I’ve been giving such a wide berth to, not only in conversations with the ones who are closest to me. Why are you leaving, why aren’t you living here, why aren’t you here, why are you choosing instead of accepting what has been chosen for you.

Maybe it’s all Lotula’s doing.

Tuesday, 26 January 2010

O pogodzie. About the weather.

Najlepiej mówi się o pogodzie. Komentarze sprowadzają się do jednego. Ale zimno, ale wieje, co z tym ogrzewaniem, zimno mi, chodźmy na kawę, dosyć mam tej zimy, ileż można, basta! W każdym sklepie, kafejce, kiosku, biurze, autobusie... Wszędzie ta sama historia, to samo tupanie butami, to samo chuchanie i zacierania zmarzniętych palców. No i od czasu do czasu przekleństwo pod nosem.

I tu potykam się o własne niedopasowanie.

Bo mi nie jest zimno. Wręcz przeciwnie. Większość czasu jest mi gorąco i w przeciwieństwie do wszystkich z ulgą wychodzę na zewnątrz, uciekajac od przegrzanych i od tygodni niewietrzonych pokoi (wszelka próba otwarcia okna równa się z atakiem powszechnej paniki).

Żeby sprawa była jasna – średnia temperatura to plus 5 w porywach do ponad 10, jest sucho, czasem powieje, czasem coś kapnie.

Chodzę sobie więc tak okropnie niedopasowana i czekająca na wiosnę, żeby znowu móc uczestniczyć w rozmowach o pogodzie. Ale będzie to czas krótki, bo jak tylko zacznie się lato, znów się potknę – o niekończące się strużki potu na skroniach i worki pod oczami po nocach nieprzespanych z gorąca.
***
It’s best to talk about the weather. All the comments boil down to one thing. It’s so cold, it’s so windy, what’s wrong with the heating, I’m freezing, let’s go for a coffee, I’m fed up with this winter, enough is enough, basta ya! In every shop, cafeteria, kiosk, office, bus… Everywhere the same story, the same stomping of boots, the same huffing and puffing and rubbing frozen fingers. And an occasional murmured swearword.

And here I stumble over the fact that I don’t fit in.

Because I’m not cold. Quite the contrary. Most of the time I’ m hot and unlike everybody else, it’s a relief for me to go outside and escape from the overheated and for weeks unaired rooms. (Any attempt at opening a window triggers a general panic attack).

Just to clarify – the average temperature is plus 5 rising to over 10 at times, it’s dry, sometimes the wind blows a little, sometimes a wee bit of rain drops from the sky.

So here I go terribly out of place and waiting for spring when I will be able to take part in the weather banter again. But that will only last a short time, for as soon as the summer starts I will stumble again – over the beads of sweat running down my temples and bags under my eyes because of nights made sleepless due to the heat.

Sunday, 17 January 2010

12


Madryt. Wiosenny moment zadumy w Ogrodzie Botanicznym. To już za kilka miesięcy.

Madrid. A spring moment of reflection in the Botanic Garden. It’s only a few months away.

Saturday, 16 January 2010

11


Sagres (Portugalia). Na końcu świata, gdzie wiatr studiował Magellan, jest dziura, z której zieje morze. Ryczy jak smok i wypluwa morską pianę. Nie da się tam stać zbyt długo. Na myśl o tej potędze oceanu przechodzą nas ciarki. Na myśl o odwadze Magellana czerwienimy się ze wstydu, podwijamy ogon i dalej zwiedzamy dawno odkryty świat.

Sagres (Portugal). At the end of the world, where Magellan studied the wind, there is a hole through which the sea breathes. It roars like a dragon and spits out oceanic foam. You can’t stand there for too long. Thinking of the power of the ocean makes us shiver. Thinking of Magellan’s courage makes us go red, we put our tails between our legs and continue visiting the world discovered a very long time ago.

Friday, 15 January 2010

10


Tavira (Portugalia). Za kilka dni skończy się rok. Kogut ucieka przed zegarem. Nas goni czas.

Tavira (Portugal). In a few days’ the year will end. The cockerel is running away from the clock. Time is passing us by.

Thursday, 14 January 2010

9


Saragossa. Targ staroci. Wysiedzianie krzesła, połamane parasole, monety odkopane w ogródku i on, pierwszy pojazd, trzy koła do wolności, wehikuł czasu.

Zaragoza. A flea market. Worn away chairs, broken umbrellas, coins dug up in the garden and this, the first vehicle, three wheels to freedom, a time machine.