Sunday, 21 November 2010

Wspomnienia fotograficzne 2

From el blog - santander



Jechaliśmy zawiłą drogą przez zielone wzgórza, z morzem po prawej i górami po lewej stronie. Bez mapy ani GPSu, jechaliśmy raczej bez celu, od czasu do czasu szukając drogi prostopadłej do morza.


Było cieplej niż się wydaje na zdjęciu. Było głośno od wiatru i parking był pusty. Na skałach stał rybak, w okół niego biegał mały pies, obszczekując albo nas, albo sztorm.


Woda miała temperaturę powietrza, a fale krzyżowały się w trójkątnej zatoce, wciągając niepostrzeżenie w morze. Skakanie na tych dzikich falach przeniosło nas kilkanaście lat wstecz, kiedy w innej zatoce i na innych falach szalonych od sztormu przyszło nam dzielić podobny moment dziecinnej radości.


Z powrotem w aucie mieliśmy słone wargi, potargane włosy i zupełnie nowe ciało – odświeżone, młodsze, beztroskie i gotowe do dalszej drogi.


Zatrzymaliśmy się znów jakieś pół godziny później. W prostym nadmorskim barze szczęśliwi i radośni rozmawialiśmy pochłaniając kawałek tortu i popijając kawą. Bar musiał być naprawdę nieciekawy, bo nie zrobiliśmy tam żadnego zdjęcia. A jednak – jego wspomnienie jest jasne i silne. Nie zmywa się ono z innym, jedynie wzmacnia siłę wszystkich pozostałych wspomnień z kategorii ‘kawa w wybranym na chybił trafił nadmorskim barze’.

Monday, 8 November 2010

Coś śmiesznego

Jeden z moich stałych czytelników poprosił mnie ostatnio, żebym napisała coś śmiesznego.

Z czego by się tu pośmiać?

Na przykład z pingwinów. Jest tu małe zoo, w zasadzie nawet nie zoo, tylko trzy baseny z morską wodą odgrodzone od fal kilkoma skałami. W pierwszym basenie szaleją lwy morskie (wyglądają groźne, nikomu nie do śmiechu). W drugim basenie moczą się foki (tu robi się cieplej, one całkiem zabawnie wyglądają kiedy wyjdą z wody, biedne niezdary). W trzecim stoją w małej grupie pingwiny (na ich widok każdy się uśmiecha, poprawia się ludziom humor i inne tego typu pozytywne objawy). Jak się nad tym zastanowić – owszem, miło i przyjemnie w tym zoo – ale nic śmiesznego.

Tymczasem niedawno wspomniany rozejm został gwałtownie zerwany. Fale mają od 7 do 9 metrów (skoro mowa o zoo, to żyrafa ma między 4.5 a 5.5 metrów, słoń nieco ponad 4). Wiatr w porywach do 100 kilometrów na godzinę. Do tego deszcz – nie tyle padający co latający we wszystkich możliwych kierunkach. Razem wygląda to wszystko niesamowicie, tyle złości, energii, dramatyzmu, takie rozszalenie. Taki się człowiek nagle mały robi, taki zmartwiony o to, jak dostanie się z pracy do domu suchą stopą i czy uda się jeszcze po drodze zrobić zakupy w supermarkecie.

Około 17.00 ostatnia przerwa w lekcjach, z kubkiem ciepłej herbaty w dłoni rozmawiam z uczniami, rzecz jasna głównie o pogodzie. (Naprawdę trudno jest odkleić oczy od szyby, tak ten huragan wciąga!). Aż nagle jeden z uczniów mówi: Tak naprawdę jestem z Kuby. Dla mnie ta pogoda to nic specjalnego. Huragan to jest wtedy, kiedy latają stoły i rowery.

Po kilku słowach ni to podziwu, ni to niedowierzania, szybko zmieniamy temat. Uczeń z Kuby jest bardzo miły i nie miał nic złego na myśli, a jednak udało mu się tymi stołami i rowerami ośmieszyć to nasze przejęcie, to pogodowe poczucie wyższości tych, którzy mieszkają na dzikiej, nieokiełznanej północy (twardziele!) nad tymi, którzy mieszkają na spokojnym, ugrzecznionym południu (mięczaki!)

Najlepiej śmiać się z siebie samego. Nigdy nie braknie tematu.

Saturday, 30 October 2010

Rozejm

Północ jest zielona. Północ jest granatowa. Czysta i przestrzenna. Północ jest kontrastem morza i nieba. Kontrastem morza i gór. Doskonałością ptaka i ryby. Jest potęgą fali i wiatru, wytrwałością brzegu i lasów, ciepłem słońca i chłodem cienia.

Nic tu nie uprasza się o podziw, o poklask, nic nie stara się przypodobać. Nie ma kiczowatych widoków, nic nie jest oswojone, jedynie chwilowo przyzwala na wpółpracę z nami. W każdej chwili fale mogą wtargnąć do mieszkań przy promenadzie, połknąć stoliki i krzesła w kafejkach nad wodą, porozrzucać samochody i rowery jak blaszane zabawki, porwać na strzępy żagle, firanki, sukienki. Łatwo o tym zapomnieć w dni słoneczne i przejrzyste, dni bez cienia gniewu na tafli wody i jedynie z lekkim powiewem bryzy we włosach. Więcej jest tu jednak dni takich jak dziś, kiedy nagle, niezapowiedziane, jak niczym nie spowodwany gniew rodzica, zasłaniają niebo ciężkie, ciemne chmury. Jakby ktoś nagle zezłościł się na nas i chciał ukarać nas za naszą zuchwałość, zahaczając chmury o grzbiety gór, zamykając szczelnie całą zatokę, jakby była skrzynią z ciężkiem wiekiem na zawiasach.

Północ jest oczekiwaniem na powrót zieleni i granatu.

Mieszkamy tu jedynie za sprawą chwilowego rozejmu.

Wednesday, 27 October 2010

Powtarzalność (małych) dworców autobusowych

Powtarzalność (małych) dworców autobusowych. Ich niczym nieuzasadniona wielka przestrzeń i niewytłumaczalny brud. Jak gdyby zawsze było tam pełno ludzi i nastała właśnie tylko chwilowa ulga w ruchu. Nieuprzejma obsługa, znudzona i zrezygnowana. Panie w informacji turystycznej, które nie zwracają uwagi na zgubionych turystów. Enigmatyczni kierowcy, pojawiają się, ku uciesze pań w kontrolce, i znikają, tak aby miał czas na kolejną kawę z fusów w szklance. Zżółkły rozkład jazdy, trudny do rozszyfrowania, pełny tajemnych znaków i literek, przez które tyle razy czekaliśmy na daremno i musieliśmy zawrócić. W końcu panie w toaletach, obrażone i wyniosłe, egzekwujące ceny o wiele zbyt wygórowane jak na jakość oferowanych usług. Ten nieodzowny szary papier toaletowy, połamane klamki i uchwyty, pusty pojemnik na mydło i poplamione rdzą lustro. Tanie bary, pogrążone w ciemnych kątach lub korytarzach, których nikt by nigdy nie odwiedził, gdyby nie wczesna lub późna godzina i bilet na autobus za najwyżej kwadrans.

Siedzimy jak tuzin innych osób w takim barze i usiłujemy przelać herbatę z parzącego metalowego dzbanuszka do filiżanki. Większość herbaty rozlewa się po stole, jednak udaje się filiżanke napełnić. Czyżby rozlewanie było wkalkulowane w cenę? Rogalik, który nigdy nawet nie słyszał o swoich paryskich kuzynach, namaka herbatą i mimo wszystko spełnia swoją rolę – uspokaja żołądek, podekscytowany kolejną podróża, setką kilometrów, nieznanym smakiem wody.

Ile osób siedzi tak jak my przy lepiącym się stoliku, pogrążonych w myślach o tym, jak będzie tam, gdzie jedziemy? Ile osób przezornie ściska przed sobą plecak, w którym przemycamy wszystko i tylko to, co niezbędne? Niewiele tego. Szczoteczka do zębów, pasta na spółkę, lekki ręcznik, para spodni na zmianę, krem na słońce. Notes z adresami, paszporty, karta bankowa i trochę pieniędzy. I do wyboru: 1984, Romeo i Julia, Kapuściński, Czarodziejska Góra, czyjeś dzieła wybrane. Wybór na ogół przypadkowy, bo książki w podróży przygarnia się i porzuca. Nigdy więcej nie będziemy czuć tak mocno, że to książka wybrała nas, a nie my ją, czekając na ławce na peronie, pod łóżkiem w hostelu.

Dworzec budzi się trochę na chwilę przed odjazdem pierwszych autobusów. Każdy podąża w swoją stronę i za chwilę wszystkie dusze podróżników, pozwolą swoim przypadkowym ciałom zasnąć w najniewygodniejszych pozycjach, w hałasie silników, w upale zamkniętych okien. One same będą zajęte układaniem pudełek w szafie pamięci. Powieszą ubrania rozsypane na podłodze, poskładają bieliznę, poparują skarpetki. W końcu ktoś musi od czasu do czasu posprzątać, zasłać sny pozszywane ze skrawków wszystkiego, co zobaczone, usłyszane i spróbowane. Trzeba zrobić miejsce na kolejny dworzec, jakkolwiek nie byłby podobny do poprzedniego.

Sunday, 26 September 2010

Sardynki, muszla, wielbłąd

Koniec lata. Dmuchane orki i krokodyle bez powietrza spoczęły na dnie walizek. Wyprane są wszystkie letnie sukienki. Sandały wyczyszczone z piasku zasnęły snem jesiennym. Opalona skóra spływa z każdym prysznicem. Wiaderka i łopatki płaczą po kątach. Dzieci wróciły do szkoły i my wracamy z daleka, gdzie wydało się nam przez chwilkę, że zmieniła się natura czasu i że już tak zawsze będziemy patrzeć na morze, drzemać na piasku i obserwować pojedyncze chmury jak wielkie drożdżówki przesuwające się nad naszymi głowami.

Koniec. Nie ma już półgodzinnej kolejki po nalepjsze lody w mieście i można kupić gałkę od ręki. Nie ma ręczników, parasoli, krzesełek i leżaków, piasek jest wolny, minęła epoka wczasowych najezdzców. Nie ma dzieci krzyczących i biegających, budujących, nie ma dorosłych aktywnych, ciągle grających, maszerujących, nie ma dorosłych leniwych, leżących pół dnia na jednym boku, ani tych pracowitych i zorganizowanych, z zegarkiem w ręku zmieniających pozycję i kąt ułożenia, z żelazną dyscypliną pokrywających się idealną opalenizną.

Spacer wzdłuż prawie wszystkich z siedmiu plaż miasta. Plaża Niebezpieczeństw, ta najbardziej spokojna. Podobna do niej Plaża Bikini. Następnie Plaża Wielbłąda, owijająca jak żółta apaszka olbrzymią skałę wynurzającą się z morza. Kilkadziesiąt kroków dalej Plaża Muszli, zaokrąglona i szumiąca, oddzielona małym urwiskiem od tych największych, najdłuższych, El Sardinero I i II. Piasek, wiatr i fale. I nic więcej. Oprócz przestrzeni. Oprócz powietrza, spokoju i energii.

Tak wygląda koniec lata w nadmorskim kurorcie, kiedy zrzuca swoją letnią kreację, aby przez kolejnych 9 miesięcy być niewielkim, deszczowym miastem z sardynkami, muszlą i wielbłądem.

Thursday, 16 September 2010

Mleczny luksus

Po wakacyjnym przelotnym romansie czas na bardziej stały związek. A zatem kilka następnych odcinków będzie o tym, czym zauroczył mnie nasz kolejny hiszpański przystanek – Santander.

Kilka pierwszych dni. Ogólne zadanie – znaleźć wszystko to, co potrzebne. Ustalanie codziennych ścieżek, zalążki zwyczajów na przyszłość. Na liście, obok zameldowania w urzędzie i zlokalizowania poczty, bardzo ważny punkt – skąd wziąć świeże mleko?

W supermarketach stoją całe regały mleka UHT – nigdy niepsującej się cieczy, której bliżej do wody niż mleka, zwłaszcza w wersji 0% tłuszczu. Nie wiem, kiedy odzwyczaiłam się od tego mało apetycznego rozwiązania, zapewne gdzieś między Szwecją a Szkocją, gdzie mleka UHT po prostu się nie pija. A może wróciło do mnie wspomnienie z lat dziecinnych, kiedy to na mało apetycznej wycieraczce jeszcze mniej apetycznej klatki schodowej w bloku, czekała butelka świeżego mleka. Bez względu na przyczyny mlecznego przewrotu skutek jest jeden – kilka pierwszych dni upływa bez mleka. Przeszukanie wszystkich supermarketów i delikatesów w okolicy nie przyniosło bowiem rezultatów, a rozpuszczone podniebienie odmawiało ka-te-go-rycz-nie kupna kartonu z odsmakowaną, odmlecznioną zawartością.

Aż tu nagle stał się cud. Znalazłam MLEKOMASZYNĘ:


System jest bardzo prosty. Oto instrukcje:
Kupić butelkę (40 centów)
Litr mleka – 1 euro, pół litra – 50 centów (wrzucić monety do mlekomaszyny)
Otworzyć drzwiczki, podsunąć butelkę pod kranik.
Nacisnąć przycisk START.
Po napełnieniu butelki zamknąć drzwiczki i zapamiętać naklejoną na nich datę ważności.

Proste i genialne. Mleko, nie od krowy, ale za to od producenta ,prosto do klienta, bez czasochłonnego pośrednictwa supermarketów. Efekt –mleczny luksus co rano.

From el blog - santander

Tuesday, 14 September 2010

Jak w tanim melodramacie

Mieszkanie w A Coruñii było jak wakacyjny romans. Zaczęło się zachwytem i euforią, przeszło następnie w fazę spokojnego upojenia, aż przyszedł czas na smutne i szybkie pożegnanie, z obietnicami na ponowne spotkanie, ale bez nadziei na przyszłość. Ot, kilka intensywnych tygodni.

Kiedy teraz o tym myślę, rozumiem, że wszystko potoczyło się jak w tanim melodramacie, w którym jedna ze stron, ślepa z miłości, zostaje ofiarą piękna tej drugiej połowy. Teraz dopiero rozumiem, że ten brzydal i nieudacznik, zakochany bez pamięci i bez szans na więcej niż przelotny sierpniowy wybryk, to ja. Teraz pojmuję, jak wielka była dysproporjca między nami, jak głęboka moja desperacja, by jeszcze chwilę, jeszcze jedno spojrzenie, jeden wdech...

Jest wrzesień. Za tydzień kończy się lato. Pozostało mi kilka zdjęć. W A Coruñii po mnie – nic.

From el blog - a coruña