Monday, 13 December 2010

Póki trwa 2010...

A gdyby tak dla odmiany nie robić długiej listy noworocznych postanowień, żadnych tam schudnięć, ulepszeń, popraw, drugich podejść, zgłębień, zmian, przemian, żadnych obietnic, żadnych „będę”, „nie będę”, „nigdy już”, „od teraz już zawsze”? Gdyby tak pierwszego stycznia zacząć bez rankingu rzeczy, na które jesteśmy zbyt leniwi lub nie dość wytrwali, bez listy przyszłych wyrzutów sumienia, bez samookłamywania się nalepionego na lodówkę lub ukrytego na ostatniej stronie notesu? Gdyby tak raz pójść na całego, bo w końcu nowe dekady chyba są od tego, żeby tak zupełnie dać się porwać, oderwać od dekad minionych, przeterminowanych, zepsutych...?

Gdyby tak zapisać tylko jedną rzecz, jedno marzenie, to od zawsze marzone, odmarzane ciągle na nowo, to które gdzieś się zapodziało wśród zbędnych kilogramów i ogólnej niedoskonałości naszej, naszych ciał i naszych kont, naszej rutyny, której nigdy nie planowaliśmy, a w którą wpadliśmy jak mucha do zupy, bezwiednie i bezsensownie, na skutek braku przemyślenia trajektorii lotu i tej nieszczęsnej grawitacji, co nie robi wyjątków...?

A co najważniejszje nie trzeba by dawać nikomu żadnych wyjaśnień! Po prostu zapisać to jedno jedyne i od razu zaniechać trybu przypuszczajacego, potencjalnego, życzeniowego. Zapomnieć o niweczącej końcówce „–by”. Nie powiedzieć już nigdy „poszedłbym”, „pojechałabym”, „zrobilibyśmy” ani „gdybym miał”, „gdybym nie była”. Zamiast form wątpliwych i chwiejnych wybrać formy zdecydowane. Zrobię, wyjadę, stworzę, napiszę, przeniosę, powiem.

Gdyby, gdyby, pogdybać można, pogdybać wolno, mamy prawo do gdybania! W końcu po coś istnieje tryb przypuszczający, po coś istnieją pytania retoryczne i przysłówki i wszystkie dźwięki, które wydajemy z siebie mówiąc o przyszłości mniej prawdopodobnej. Więc póki trwa 2010, gdybajmy! A potem...

Tuesday, 7 December 2010

Rozwiośnienie

Kiedy po tygodniach deszczowych dni przestaje padać, ogarnia nas rozwiośnienie. Jest sobota rano i uchylając oko widzę, że nie pada, nie dżdży, nie kapie, nie bryzga, nie zacina, nie zanosi się, nie dudni deszczem o szyby, nie spływa rzeką w dół ulicy. Ani cienia ulewy, ani odrobiny kapuśniaczku, powietrze nie pachnie oberwaniem chmury. Zrywamy się z łóżka i po szybkim śniadaniu ruszamy na spacer, aby nie przegapić tej grudniowej wiosny, tego późnojesiennego wybryku.

Wygodne buty, kurtka i aparat. To nic, że nie ma słońca na błękitnym tle.To nic, że wiatr jest zimny. Idziemy i idziemy, i nie ma końca to miasto, owinięte plażami jak wstążką, otoczone górami jak brzegiem piaskownicy. Rozwiośnieni wracamy do domu i wiemy, że jutro pewnie znowu będzie padać. Ale to nic. To tylko kantabryjskie myto, w ratach rozłożone na jesienne i zimowe miesiące.

Tuesday, 30 November 2010

Literować albo nie literować

Julian Tuwim napisał:

Abecadło z pieca spadło,
O ziemię się hukło,
Rozsypało się po kątach,
Strasznie się potłukło:
I -- zgubiło kropeczkę,
H -- złamało kładeczkę,
B -- zbiło sobie brzuszki,
A -- zwichnęło nóżki,
O -- jak balon pękło,
aż się P przelękło.
T -- daszek zgubiło,
L -- do U wskoczyło,
S -- się wyprostowało,
R -- prawą nogę złamało,
W -- stanęło do góry dnem i udaje, że jest M.

Abecadło Tuwima z pieca spadło, a moje wypadło z paszportu i razem z moimi dwoma imionai i nazwiskie prowadzi ze mną wojnę podjazdową - na klawiaturze komputera, w bankach i urzędzach.

Moja strategia wojenna opiera się na użyciu broni prostej i niedrogiej w użyciu. Na ogół dostępne są dwa warianty – długopis lub ołówek – i co najważniejsze oba sprawdzają się w akcji. Tak więc kiedy idę do urzędu, do banku, wyrobić kartę do biblioteki lub bilet miesięczny, dokładnie wiem co robić, kiedy na ogół nieszczęśliwa osoba po drugiej stronie stołu, za ladą czy też w okienku pyta mnie: ¿Como se llama usted?, wiem dobrze, co robić. Spokojnie i powoli odpowiadam i zaraz dodaję, z bronią w ręcę, że łatwiej będzie, jeśli swoją godność napiszę na kawałeczku papieru. I tu urzędnik czy też inny człowiek posiadający władzę przytakuje i docenia moją propozycję. Inna strategia to rzecz jasna użycie dokumentu tożsamości. W obu przypadkach są jednak konieczne dodatkowe wyjaśnenia – co jest imieniem, a co nazwiskiem oraz nie lada problem administracyjny, czyli dlaczego mam tylko jedno nazwisko, a nie dwa jak wszyscy normalni obywatele (Hiszpanie mają dwa nazwiska – jedno od ojca i jedno od matki, na skutek czego nie tylko mąż i żona, ale także ich dzieci mają różne nazwiska, a w rodzinie jedynie rodzeństwo nazywa się tak samo). Po tych wszystkich podjazdach i podejściach, zmaganiach i trudach, wygrywam bitwę.

Ale wygrać bitwę to nie to samo co wygrać wojnę. A wojna trwa i za sprawą technicznych rozwiązań staje się coraz bardziej wyrafinowana. Do konfrontacji z klawiaturą potrzebne jest dużo cierpliwości. Jeśli zachowa się spokój, sprawa jest do wygrania. Ale najbardziej zabójcza broń abecadła jest wbrew pozorom dużo prostsza i bardziej skuteczna. Ta broń to telefon.

Przez telefon nic się nie da napisać. Nie da się wskazać palcem, nie da się uśmiechem próbować zdobyć sobie życzliwość rozmówcy. Przez telefon jesteśmy bezbronni, rozbrojeni, bezradni i nie mamy szans z abecadłem! Sytuacja z początku wygląda podobnie. Pani pracująca dla banku, w którym masz konto, ma pomóc ci uruchomić kartę kredytową. Wszystko gra, więc przechodzicie do rzeczy no i pani pyta: ¿Como se llama usted? Odpowiadasz i zanim skończysz, zdajesz sobie sprawę, że jesteś w pułapce. Abecadło wygrało, a ty nie masz wyjścia - musisz literować. A kto próbował, ten wie, że literowanie wcale nie jest tak oczywiste, jak się wydaje i że literowania także trzeba się na uczyć. W przypadku karty kredytowej przychodzi potem kolej innych pytań, nieraz nie mniej skomplikowanych niż te nieszczęsne dwa imiona i nazwiska.

Ale przy odrobinie szczęścia trafimy na panią, która zna hiszpańską geografię. I tak od „a jak Andalucia”, „b jak Barcelona”, „c jak Cadiz” aż po „z jak Zaragoza”, nasza karta zostanie aktywowana, a my zwyciężymy abecadło i inne przypadłości obcokrajowca.

Ps. Wróg mimo wszysto śmieje się ostatni- w Hiszpanii nie mam miast zaczynających się na „k” i „w”.

Thursday, 25 November 2010

Terapia antyjesienna

W końcu nadszedł czas na od dawna zapowiadane przepisy!

Dzisiaj prosta przekąska o właściwościach antydepresyjnych, antydeszczowych, antyjesiennych.

Składniki: morcilla de Burgos (najbardziej znany rodzaj hiszpańskiej kaszanki), jedno mango (można zastąpić brzoskwinią). Oliwa z oliwek do smażenia.

Co tu dużo opisywać: mango obrać i pokroić. Morcillę pokroić w plastry grubości około 1.5 cm. Smażyć na wolnym ogniu z obu stron.

przepisy

ps. Należy uważać aby jedzenie pozostawione na pataleni nie przypaliło się w trakcie robienia zdjęć ;)

Wednesday, 24 November 2010

Słowniczek wyrazów często używanych

Abażur, brudnozielony, czarnoksiężnik, donikąd, Eskimos, falochron, gdzieniegdzie, hardy, Iliada, jak gdyby, krużganek, lekkoduch, łodyżka, makulatura, niepohamowany, obopólny, ósmoklasista, przyrząd, rzęsisty, stutysięczny, śledź, tężyzna, urażony, wstążeczka, znienacka, źdzbło, żyłka – oto wybór słów ze „Słowniczka wyrazów często używanych,których pisownię warto zapamiętać”, umieszczonego między rozdziałem na temat przecinka i zbioru dyktand w małej niebieskiej książeczce o kujońskim tytule „Ortografia na bardzo dobry”, wydanej w Warszawie w 1994 roku.

Nie wiem, czy wyżej wymienone to najważniejsze słowa w naszym słowniku, spodobała mi się jednak ta alfabetyczna lista wyrazów wyjętych z kontekstu, zgrupowanych według innego niż zwykle kryterium. Bo jak często rozprawiamy o abażurach,ósmoklasistachi brudnozielonych wstążeczkach?

Moja ortograficzna książeczka pełna jest zasad i przykładów, wszystko układa się w miarę logicznie jeśli skupić się na regułach polskiej ortografii. Jeśli jednak zapomnieć o tej niewdzięcznej misji szerzenia poprawnej pisowni, to ukażą się nam połączenia intrygujące nie tylko ortograficznie ale również – aż strach to powiedzieć – poetycko.

I tak na przykład, słowa „drzemać” i „modrzew” stoją koło siebie nic a nic nie przypuszczając, jak dobrze się uzupełniają. „Wszystko” i „zawsze” niby reprezentuję wyjątki pisowni „rz”, ale tak naprawdę są młodzieńczym wyznaniem miłości. „Łóżko, wzwyż, żarówka” mogłyby być opisem skromnej sypialni, „schyłek, schab, wschód” przepowiednią na temat kolejnego źródła świńskiej grypy, a lista nazw pisanych wielką literą przyprawia o zawrót głowy, jeśli wyobrazić sobie podróż z przystankami na trasie „Kreta”, „Wyspy Owcze”, „Półwysep Bałkański”.

Mój ulubiony rozdział to mimo wszystko „Pisownia wyrażeń przyimkowych i przyimków złożonych”. Znaleźć tam można następującą listę wyborów i sytuacji życiowych: „na przemian”, „po kryjomu”, „w poprzek”, „na przełaj”, „w zamian”, „na wyrost” oraz dwa wyjątki: „nawzajem” i „poniewczasie”.

Na koniec kilka perełek z wspomnianego już rozdziału na temat przecinka:
„Tegoroczny młodzieżowy festiwal przebiegał nadzwyczajnie spokojnie.”
„Dozorca był niesympatyczny, ale pracowity.”
„Piotrze, zadzwonię wieczorem do ciebie.”
Oraz gwóźdź odcinka:
„Marta jest, moim zdaniem, niezwykle uprzejma.”

Tuesday, 23 November 2010

Słupki i krzywe, czyli o pogodzie

O listopadzie można też w tonie bardziej praktycznym – w postaci słupków i krzywych. I tu bez niespodzianek – w listopadzie pada najwięcej. To znaczy potwierdzają się podejrzenia wysnute na gruncie obserwacji – pada mniej więcej co 15 minut, czyli nie dość czasu żeby suchą głową wyskoczyć do sklepu na rogu kiedy skończy się wino, mąka, jajka.

Co do temperatury, będzie jeszcze parę stopni zimniej, ale za to z mniejszą ilością deszczu, co oznacza, że czapki raczej zostaną w szufladzie, oprócz tych dni, kiedy miasto przeszyje zimny, górsko-morski wiatr.

Dla porównania: listopadowe opady w Krakowie to średnia 45 mm, w Glasgow 130mm. W Santander 144mm. Innymi słowy, dla jednych z deszczu, dla innych z mżawki pod rynnę.

From el blog - santander

Źródło: http://es.wikipedia.org/wiki/Santander na podstawie Instituto Nacional de Meteorología.

Monday, 22 November 2010

Jest listopad

Jest listopad. Za chwilę święta. Będziemy mogli przejrzeć się w oczach dawno niewidzianych bliskich. Będzie dużo jedzenia. Będzie herbata z mlekiem i długie poranki w piżamach. Będą chwile przyjemne i słodkie. Będzie też zakłopotanie i niezrozumienie, konlifkty opinii i interesów, różnice w planach na przyszłość. Będzie wojna o ostatni kawałek sernika. Wojna o kanapę. O to, kto robi następny kubek. Oprócz tego spacery, sprzątanie, patrzenie na śnieg, mokre skarpetki na kaloryferze, siedzenie przy kominku, przy winie, przy kuchennym stole. Bezsensowne zdjęcia.

Jest listopad. Trzeba walizkę wyjąć spod łóżka, otrzepać ją z kurzu, przygotować na pielgrzymkę, którą jak my podejmą inni, zmuszeni mieszanką obowiązku i tęsknoty.

Jest listopad. Urząd miasta wywiesił już dekoracje, jeszcze niazapalone mokną w deszczu, szarpane wiatrem. W oknach wystawowych już czerwono. Tu i tam choinki. Śmiesznie trochę wyglądają na tle palm i fal.

Jest listopad. Czas szukać prezentów.

Jest listopad. Przed oczami mam klify i plaże jeszcze niepogrążone w deszczu.

Za pół roku będzie maj.

Sunday, 21 November 2010

Wspomnienia fotograficzne 2

From el blog - santander



Jechaliśmy zawiłą drogą przez zielone wzgórza, z morzem po prawej i górami po lewej stronie. Bez mapy ani GPSu, jechaliśmy raczej bez celu, od czasu do czasu szukając drogi prostopadłej do morza.


Było cieplej niż się wydaje na zdjęciu. Było głośno od wiatru i parking był pusty. Na skałach stał rybak, w okół niego biegał mały pies, obszczekując albo nas, albo sztorm.


Woda miała temperaturę powietrza, a fale krzyżowały się w trójkątnej zatoce, wciągając niepostrzeżenie w morze. Skakanie na tych dzikich falach przeniosło nas kilkanaście lat wstecz, kiedy w innej zatoce i na innych falach szalonych od sztormu przyszło nam dzielić podobny moment dziecinnej radości.


Z powrotem w aucie mieliśmy słone wargi, potargane włosy i zupełnie nowe ciało – odświeżone, młodsze, beztroskie i gotowe do dalszej drogi.


Zatrzymaliśmy się znów jakieś pół godziny później. W prostym nadmorskim barze szczęśliwi i radośni rozmawialiśmy pochłaniając kawałek tortu i popijając kawą. Bar musiał być naprawdę nieciekawy, bo nie zrobiliśmy tam żadnego zdjęcia. A jednak – jego wspomnienie jest jasne i silne. Nie zmywa się ono z innym, jedynie wzmacnia siłę wszystkich pozostałych wspomnień z kategorii ‘kawa w wybranym na chybił trafił nadmorskim barze’.

Monday, 8 November 2010

Coś śmiesznego

Jeden z moich stałych czytelników poprosił mnie ostatnio, żebym napisała coś śmiesznego.

Z czego by się tu pośmiać?

Na przykład z pingwinów. Jest tu małe zoo, w zasadzie nawet nie zoo, tylko trzy baseny z morską wodą odgrodzone od fal kilkoma skałami. W pierwszym basenie szaleją lwy morskie (wyglądają groźne, nikomu nie do śmiechu). W drugim basenie moczą się foki (tu robi się cieplej, one całkiem zabawnie wyglądają kiedy wyjdą z wody, biedne niezdary). W trzecim stoją w małej grupie pingwiny (na ich widok każdy się uśmiecha, poprawia się ludziom humor i inne tego typu pozytywne objawy). Jak się nad tym zastanowić – owszem, miło i przyjemnie w tym zoo – ale nic śmiesznego.

Tymczasem niedawno wspomniany rozejm został gwałtownie zerwany. Fale mają od 7 do 9 metrów (skoro mowa o zoo, to żyrafa ma między 4.5 a 5.5 metrów, słoń nieco ponad 4). Wiatr w porywach do 100 kilometrów na godzinę. Do tego deszcz – nie tyle padający co latający we wszystkich możliwych kierunkach. Razem wygląda to wszystko niesamowicie, tyle złości, energii, dramatyzmu, takie rozszalenie. Taki się człowiek nagle mały robi, taki zmartwiony o to, jak dostanie się z pracy do domu suchą stopą i czy uda się jeszcze po drodze zrobić zakupy w supermarkecie.

Około 17.00 ostatnia przerwa w lekcjach, z kubkiem ciepłej herbaty w dłoni rozmawiam z uczniami, rzecz jasna głównie o pogodzie. (Naprawdę trudno jest odkleić oczy od szyby, tak ten huragan wciąga!). Aż nagle jeden z uczniów mówi: Tak naprawdę jestem z Kuby. Dla mnie ta pogoda to nic specjalnego. Huragan to jest wtedy, kiedy latają stoły i rowery.

Po kilku słowach ni to podziwu, ni to niedowierzania, szybko zmieniamy temat. Uczeń z Kuby jest bardzo miły i nie miał nic złego na myśli, a jednak udało mu się tymi stołami i rowerami ośmieszyć to nasze przejęcie, to pogodowe poczucie wyższości tych, którzy mieszkają na dzikiej, nieokiełznanej północy (twardziele!) nad tymi, którzy mieszkają na spokojnym, ugrzecznionym południu (mięczaki!)

Najlepiej śmiać się z siebie samego. Nigdy nie braknie tematu.

Saturday, 30 October 2010

Rozejm

Północ jest zielona. Północ jest granatowa. Czysta i przestrzenna. Północ jest kontrastem morza i nieba. Kontrastem morza i gór. Doskonałością ptaka i ryby. Jest potęgą fali i wiatru, wytrwałością brzegu i lasów, ciepłem słońca i chłodem cienia.

Nic tu nie uprasza się o podziw, o poklask, nic nie stara się przypodobać. Nie ma kiczowatych widoków, nic nie jest oswojone, jedynie chwilowo przyzwala na wpółpracę z nami. W każdej chwili fale mogą wtargnąć do mieszkań przy promenadzie, połknąć stoliki i krzesła w kafejkach nad wodą, porozrzucać samochody i rowery jak blaszane zabawki, porwać na strzępy żagle, firanki, sukienki. Łatwo o tym zapomnieć w dni słoneczne i przejrzyste, dni bez cienia gniewu na tafli wody i jedynie z lekkim powiewem bryzy we włosach. Więcej jest tu jednak dni takich jak dziś, kiedy nagle, niezapowiedziane, jak niczym nie spowodwany gniew rodzica, zasłaniają niebo ciężkie, ciemne chmury. Jakby ktoś nagle zezłościł się na nas i chciał ukarać nas za naszą zuchwałość, zahaczając chmury o grzbiety gór, zamykając szczelnie całą zatokę, jakby była skrzynią z ciężkiem wiekiem na zawiasach.

Północ jest oczekiwaniem na powrót zieleni i granatu.

Mieszkamy tu jedynie za sprawą chwilowego rozejmu.

Wednesday, 27 October 2010

Powtarzalność (małych) dworców autobusowych

Powtarzalność (małych) dworców autobusowych. Ich niczym nieuzasadniona wielka przestrzeń i niewytłumaczalny brud. Jak gdyby zawsze było tam pełno ludzi i nastała właśnie tylko chwilowa ulga w ruchu. Nieuprzejma obsługa, znudzona i zrezygnowana. Panie w informacji turystycznej, które nie zwracają uwagi na zgubionych turystów. Enigmatyczni kierowcy, pojawiają się, ku uciesze pań w kontrolce, i znikają, tak aby miał czas na kolejną kawę z fusów w szklance. Zżółkły rozkład jazdy, trudny do rozszyfrowania, pełny tajemnych znaków i literek, przez które tyle razy czekaliśmy na daremno i musieliśmy zawrócić. W końcu panie w toaletach, obrażone i wyniosłe, egzekwujące ceny o wiele zbyt wygórowane jak na jakość oferowanych usług. Ten nieodzowny szary papier toaletowy, połamane klamki i uchwyty, pusty pojemnik na mydło i poplamione rdzą lustro. Tanie bary, pogrążone w ciemnych kątach lub korytarzach, których nikt by nigdy nie odwiedził, gdyby nie wczesna lub późna godzina i bilet na autobus za najwyżej kwadrans.

Siedzimy jak tuzin innych osób w takim barze i usiłujemy przelać herbatę z parzącego metalowego dzbanuszka do filiżanki. Większość herbaty rozlewa się po stole, jednak udaje się filiżanke napełnić. Czyżby rozlewanie było wkalkulowane w cenę? Rogalik, który nigdy nawet nie słyszał o swoich paryskich kuzynach, namaka herbatą i mimo wszystko spełnia swoją rolę – uspokaja żołądek, podekscytowany kolejną podróża, setką kilometrów, nieznanym smakiem wody.

Ile osób siedzi tak jak my przy lepiącym się stoliku, pogrążonych w myślach o tym, jak będzie tam, gdzie jedziemy? Ile osób przezornie ściska przed sobą plecak, w którym przemycamy wszystko i tylko to, co niezbędne? Niewiele tego. Szczoteczka do zębów, pasta na spółkę, lekki ręcznik, para spodni na zmianę, krem na słońce. Notes z adresami, paszporty, karta bankowa i trochę pieniędzy. I do wyboru: 1984, Romeo i Julia, Kapuściński, Czarodziejska Góra, czyjeś dzieła wybrane. Wybór na ogół przypadkowy, bo książki w podróży przygarnia się i porzuca. Nigdy więcej nie będziemy czuć tak mocno, że to książka wybrała nas, a nie my ją, czekając na ławce na peronie, pod łóżkiem w hostelu.

Dworzec budzi się trochę na chwilę przed odjazdem pierwszych autobusów. Każdy podąża w swoją stronę i za chwilę wszystkie dusze podróżników, pozwolą swoim przypadkowym ciałom zasnąć w najniewygodniejszych pozycjach, w hałasie silników, w upale zamkniętych okien. One same będą zajęte układaniem pudełek w szafie pamięci. Powieszą ubrania rozsypane na podłodze, poskładają bieliznę, poparują skarpetki. W końcu ktoś musi od czasu do czasu posprzątać, zasłać sny pozszywane ze skrawków wszystkiego, co zobaczone, usłyszane i spróbowane. Trzeba zrobić miejsce na kolejny dworzec, jakkolwiek nie byłby podobny do poprzedniego.

Sunday, 26 September 2010

Sardynki, muszla, wielbłąd

Koniec lata. Dmuchane orki i krokodyle bez powietrza spoczęły na dnie walizek. Wyprane są wszystkie letnie sukienki. Sandały wyczyszczone z piasku zasnęły snem jesiennym. Opalona skóra spływa z każdym prysznicem. Wiaderka i łopatki płaczą po kątach. Dzieci wróciły do szkoły i my wracamy z daleka, gdzie wydało się nam przez chwilkę, że zmieniła się natura czasu i że już tak zawsze będziemy patrzeć na morze, drzemać na piasku i obserwować pojedyncze chmury jak wielkie drożdżówki przesuwające się nad naszymi głowami.

Koniec. Nie ma już półgodzinnej kolejki po nalepjsze lody w mieście i można kupić gałkę od ręki. Nie ma ręczników, parasoli, krzesełek i leżaków, piasek jest wolny, minęła epoka wczasowych najezdzców. Nie ma dzieci krzyczących i biegających, budujących, nie ma dorosłych aktywnych, ciągle grających, maszerujących, nie ma dorosłych leniwych, leżących pół dnia na jednym boku, ani tych pracowitych i zorganizowanych, z zegarkiem w ręku zmieniających pozycję i kąt ułożenia, z żelazną dyscypliną pokrywających się idealną opalenizną.

Spacer wzdłuż prawie wszystkich z siedmiu plaż miasta. Plaża Niebezpieczeństw, ta najbardziej spokojna. Podobna do niej Plaża Bikini. Następnie Plaża Wielbłąda, owijająca jak żółta apaszka olbrzymią skałę wynurzającą się z morza. Kilkadziesiąt kroków dalej Plaża Muszli, zaokrąglona i szumiąca, oddzielona małym urwiskiem od tych największych, najdłuższych, El Sardinero I i II. Piasek, wiatr i fale. I nic więcej. Oprócz przestrzeni. Oprócz powietrza, spokoju i energii.

Tak wygląda koniec lata w nadmorskim kurorcie, kiedy zrzuca swoją letnią kreację, aby przez kolejnych 9 miesięcy być niewielkim, deszczowym miastem z sardynkami, muszlą i wielbłądem.

Thursday, 16 September 2010

Mleczny luksus

Po wakacyjnym przelotnym romansie czas na bardziej stały związek. A zatem kilka następnych odcinków będzie o tym, czym zauroczył mnie nasz kolejny hiszpański przystanek – Santander.

Kilka pierwszych dni. Ogólne zadanie – znaleźć wszystko to, co potrzebne. Ustalanie codziennych ścieżek, zalążki zwyczajów na przyszłość. Na liście, obok zameldowania w urzędzie i zlokalizowania poczty, bardzo ważny punkt – skąd wziąć świeże mleko?

W supermarketach stoją całe regały mleka UHT – nigdy niepsującej się cieczy, której bliżej do wody niż mleka, zwłaszcza w wersji 0% tłuszczu. Nie wiem, kiedy odzwyczaiłam się od tego mało apetycznego rozwiązania, zapewne gdzieś między Szwecją a Szkocją, gdzie mleka UHT po prostu się nie pija. A może wróciło do mnie wspomnienie z lat dziecinnych, kiedy to na mało apetycznej wycieraczce jeszcze mniej apetycznej klatki schodowej w bloku, czekała butelka świeżego mleka. Bez względu na przyczyny mlecznego przewrotu skutek jest jeden – kilka pierwszych dni upływa bez mleka. Przeszukanie wszystkich supermarketów i delikatesów w okolicy nie przyniosło bowiem rezultatów, a rozpuszczone podniebienie odmawiało ka-te-go-rycz-nie kupna kartonu z odsmakowaną, odmlecznioną zawartością.

Aż tu nagle stał się cud. Znalazłam MLEKOMASZYNĘ:


System jest bardzo prosty. Oto instrukcje:
Kupić butelkę (40 centów)
Litr mleka – 1 euro, pół litra – 50 centów (wrzucić monety do mlekomaszyny)
Otworzyć drzwiczki, podsunąć butelkę pod kranik.
Nacisnąć przycisk START.
Po napełnieniu butelki zamknąć drzwiczki i zapamiętać naklejoną na nich datę ważności.

Proste i genialne. Mleko, nie od krowy, ale za to od producenta ,prosto do klienta, bez czasochłonnego pośrednictwa supermarketów. Efekt –mleczny luksus co rano.

From el blog - santander

Tuesday, 14 September 2010

Jak w tanim melodramacie

Mieszkanie w A Coruñii było jak wakacyjny romans. Zaczęło się zachwytem i euforią, przeszło następnie w fazę spokojnego upojenia, aż przyszedł czas na smutne i szybkie pożegnanie, z obietnicami na ponowne spotkanie, ale bez nadziei na przyszłość. Ot, kilka intensywnych tygodni.

Kiedy teraz o tym myślę, rozumiem, że wszystko potoczyło się jak w tanim melodramacie, w którym jedna ze stron, ślepa z miłości, zostaje ofiarą piękna tej drugiej połowy. Teraz dopiero rozumiem, że ten brzydal i nieudacznik, zakochany bez pamięci i bez szans na więcej niż przelotny sierpniowy wybryk, to ja. Teraz pojmuję, jak wielka była dysproporjca między nami, jak głęboka moja desperacja, by jeszcze chwilę, jeszcze jedno spojrzenie, jeden wdech...

Jest wrzesień. Za tydzień kończy się lato. Pozostało mi kilka zdjęć. W A Coruñii po mnie – nic.

From el blog - a coruña

Saturday, 11 September 2010

O władzy przedmiotów

Mówi się, że przeprowadzki sprzyjają oczyszczeniu. Zmiana adresu to zrzucenie starych liści, linienie, pozbycie się znoszonej skóry.

W moim przypadku odbywa się to tak: dzielę wszystkie posiadane przeze mnie przedmioty na trzy grupy: ‘zabieram’, ‘wyrzucam’ i ‘nie wiem’. Po ukończeniu pierwszej selekcji przechodzę do następnej, stosując tą samą zasadę wobec grupy ‘nie wiem’. I wtedy okazuje się, że przedmioty mają nade mną władzę, a oprócz tego dobrze wyćwiczoną siłę perswazji oraz sekretny plan na to, jak przeżyć wielką czystkę.

I tak biorę do ręki jeden po drugim przeróżnych przedstawicieli świata nieożywionego. Oglądam z prawej i lewej, pod światło, obracam do góry nogami lub brzuchem i oceniam stosunek przydatności względem trudu włożenia ich do pudełka lub walizki, zniesienia po schodach, przeniesienia, przewiezienia, wniesienia po schodach, wyciągnięcia z walizki lub pudełka i znalezienia im nowego miejsca.

Wydawać by się mogło, że sytuacja tych starych swetrów, skarpetek nie do pary, miarki do mąki, pocztówek z muzeum, zwitków wstążki po jakimś prezencie, powłoczki na poduszkę bez kompletu, znoszonych sandałów, starego czajnika, nadpalonej świeczki, książki kucharskiej w języku, którego nie znam oraz klamerek, jest zupełnie beznadziejna. A jednak! Każdy z zagrożonych zagładą przedmiotów zabiera się do pracy i stosując wszelkie możliwe uniki i argumenty, próbuje uczepić się tej szczęsliwszej kupy rupieci, tego mojego nieszczęsnego ‘zabieram’.

Z własnej przegranej i słabości zdaję sobię sprawę dopiero kiedy, już po przeprowadzce, otwieram pudła, walizki, torby, zwitki, worki. Znajduję w nich rzeczy, które od dawna chciałam wyrzucić, porzucić. Jakim cudem przemyciły się do mojego nowego życia? Jak udało im się mnie omamić?!

Tym razem nie daję im czasu. Zanim się przebudzą, zanim spojrzą mi w oczy i przylepią się znów do moich dłoni, wkładam je po cichu do kartonowego pudła i na wszelki wypadek wystawiam za drzwi.

Starą skórę ściąga się z trudem.

Monday, 30 August 2010

Definicja

Plaża – neutralna przestrzeń o wysokich walorach estetycznych przeznaczona dla wszystkich obywateli. Dwulatki, siedmiolatki, nastolatki, młodzi kochankowie, starsi kochankowie, rodzice z dziećmi, dziadkowie, babcie. Plaża zapewnia współistnienie wszystkich wyżej wymienionych, a także wielu innych, w pokoju i harmonii.

Tu można powstać i zniknąć. Wynurzyć się z fal lub na główkę wskoczyć w białą pianę. Tu można zgubić i odnaleźć w piasku skarby rzeczywiste lub nie. Jak wiatr zapominać lub pamięć pod wiatr odświeżać. Spać i budzić się radośnie. Tu granica między tobą a drugim człowiekiem jest mniej nachalna za sprawą nagości. Tu można pisać, malować, projektować na piasku najśmielsze projekty jednorazowe. Tu nasza delikatna kondycja jasno kłuje w oczy, odbijając się od lustra wody. Dzięki temu czujemy się bezpieczniej, w szczelnych objęciach słońca i piasku. Tu ciało jest wolne, pozbawione złudzeń, naturalne jak powyginana morska trawa wypluta na brzeg. Tu postrzeganie czasu jest jak oglądanie najnowszej kolekcji prêt-à-porter na paryskim wybiegu – ciało za ciałem,spacerując przesuwaja się nam przed oczami, pokazując z grubsza biorąc ten sam model, różniący się jedynie datą, stylem wykonania, dodatkami.
I znika pośpiech, i spokój z każdą falą wpływa nam do głowy, i w dłoniach nagle topi się nam nasza egzystencja, jak lód na patyku. Zostaje tylko tu i teraz.

Sunday, 29 August 2010

To nie są wakacje

Jestem jak zdziczały pies spuszczony ze smyczy. Rzucam się na wszystko z wywieszonym jęzorem. Jem więcej, niż mogę. Kawałki ośmiornicy połykam w całości. Kładę się spać zbyt późno, by mieć czas na obwąchiwanie okolicy. Promienie słońca zachłannie wcieram w skórę. Nocą zostawiam okno otwarte na oścież, by nie uronić ani kropli aromatu. Nie czytam, by nie trwonić widoków. Innymi słowy, normalne zachownanie wakacyjne. Zdziczenie urlopowe. Zachłanność wczasowicza.

Minęły już cztery tygodnie, a ja dalej zapominam, że to nie są wakacje. Że przez jakiś czas tak będzie wyglądać moja codzienność.

Saturday, 14 August 2010

Koniec świata

Niecodziennie odwiedza się koniec świata. W ogóle to końców jest kilka. Na południu, północy, wschodzie i zachodzie. Najbardziej powodzi się chyba tym zachodnim. Podczas gdy pozostałe kierunki, jakkolwiek tajemnicze by nie były, przez wieki poddawane były mniejszym lub większym badaniom, zdołały oswoić ludzką wyobraźnię i rozmyły się na szlakach handlowych i politycznych. Zachód natomiast pozostał przez długo właśnie końcem – końcem tego co znane i stare; i początkiem - miejscem magicznym, obietnicą, bramą do nowego świata.

Bycie końcem świata (lub chociaż bycie w jego pobliżu) to zajęcie lukratywne i raczej prestiżowe – przyciągało i przyciąga pielgrzymów i wizjonerów. I właśnie dlatego końców świata jest na zachodzie Europy conajmniej kilka. To faktyczne, położone niedelako Lizbony Cabo da Roca, oraz inne, przez pomyłkę lub za sprawą przebiegłych miejscowych, uważane za najbardziej zachodnie punkty zarówno Półwyspu Iberyjskiego jak i kontynentu europejskiego.

Jednym z owych uzurpatorów pożądanego tytułu jest przylądek Fisterra (wersja galicyjska, wersja kastylijska: Finisterre, obie znaczą ‘koniec ziemi’). Fisterra, zapewne jak inne końce świata, jest miejscem wietrznym, ozdobionym białą latarnią morską i przyćmione nieprawdopodobnymi widokami. Rozpusta przestrzeni. Żart z ludzkiej miary. Groźna lekkość i wdźięk.








To, co wyróżnia Fisterrę od innych końców, to buty. Buty pielgrzymów, którzy po dniach lub tygodniach spędzonych w drodze, po piwie i modlitwie w niedalekim Santiago de Compostella, przychodzą pod latarnię na przylądku Fisterra, by poświęcić swoje buty. Nieznanego pochodzenia tradycja każe im robić ogniska z wychodzonych i przechodzonych adidasów, trampek, sandałów i butów wspinaczkowych. Na przylądku wiele jest śladów ognisk, a także napisów ‘NO FIRE’. Z obawy przed pożarami lasów, pielgrzymi zdają się wybierać dziś inne rozwiązania:





Poświęcone w ten sposób buty pozostają na Fisterra, a pielgrzymi, nowoobuci i spełnieni, wracają do starego świata, kończyć lub zaczynać to, co przemyśleli po drodze.

Monday, 9 August 2010

Reaktywacja

Pytanie 1:
Czy Twoje kości skrzypią jak stare krzesło, stary szprychy w rowerze, stare schody na strych?


Pytanie 2:
Czy Twoja krew ścięła się jak galaretka raczej bezsmakowa, bez dodatku cukru, ni to agrest, ni pomarańcz, ni malina?


Pytanie 3:
Czy Twoje stopy swędzą Cię i puchną, mimo pumeksu, kremu, opierania o ścianę i butów oddychających, relaksujących?


Jeśli opisane symptomy są Ci nieznane, spójrz w lustro i pogratuluj sobie, bo znalazłeś swoje miejsce we właściwym czasie. Jeśli odpowiedź na którekolwiek z powyższych pytań brzmi ‘tak’, zapraszam do dalszej lektury.


Sposoby na reaktywację systemu:


OPCJA PIERWSZA: zmiana fryzury, tatuaż, zapuszczanie wąsa, zmiana stylu z ZARY na H&M lub odwrotnie, buty w nietypowym kolorze, wzorzysty zestaw pościeli z IKEI.


OPCJA DRUGA: nowe hobby (od przyziemnych po uduchowione, od aerobiku po jogę, od nauki języka po szydełkowanie, od kursu dla kierowców wyścigowych po zbieranie żelazek).


OPCJA MOJA: wyjechać.


602 kilometry na północny zachód od Madrytu, na niewielkiem półwyspie wbijającym się jak młotek w Atlantyk, opiera się sile wiatru i fal moje kolejne miasto. Nazywa się A Coruña, jest położona w części Hiszpanii o swojskiej nazwie Galicja i z lotu ptaka wygląda tak:





Sunday, 23 May 2010

El Camino de la Liga; Koniec

15 miast, 20 drużyn. 51 strzelonych goli. 18700 kilometrów. Samolotem, pociągiem, autobusem, samochodem, taksówką, metrem, na nogach. 9 miesięcy.
A wszystko dzięki chlopięcej zachciance, dzięki kolekcji piłkarskich szalików i koszulek, szczelnie zawiązanych w dużym worku na śmieci, na dnie szafy pewnego szkockiego chłopca. To tam się wszystko zaczęło.
Gdyby nie ta zachcianka, nie byłoby mnie teraz w pociągu między miastem, które ukochał sobie Hemingway, a miastem, w którym niespodziewanie przyszło mi spędzić 2 lata. Wśród wielu innych, ominęłoby mnie również spacer po ulichach pachnących jaśminem i pomarańczami, muzuem złapane w rybią łuskę, krowa żująca trawę w polu z widokiem na rozwiane morze, blask świątecznych ozdób na palmach.
Nasz ślad rozciąga się po półwyspie jak pajęczyna. Ma jeden centralny punkt i wiele symetrycznie rozchodzących się odnóg. Do lepkich od ciekawości nici przylepiały się jak muchy wyjazd po wyjeździe, pełne życia stworzenia zlepione ze wspomnień i wrażeń. Teraz nastał czas pająka, który zanim uda się w kolejne miejsce, musi lekko i zwinnie przejść po usnutych przez siebie niciach i, połykając skrzętnie wszystkie stwory napotkane po drodze, uchronić je od uschnięcia i zapomnienia.
Zieleń gór, palm, rzek w wąwozie, butelek po winie, trawy łąk. Suchy kolor ziemi pooranej przez rolników, przez czas, przez wyschnięte strumienie. Lekka biel wiatraków, żagli, piany na groźnych falach. Czerń wulkanu, karaluchów, nocy widzianej z pociągu, smutnych oczu przegranych.
Wszystkie chwile nieistnienia, kroki i wizyty bez śladu, immunitet odwiedzającego, nieszkodliwość przyjezdnego spojrzenia, niewinność pierwszego i być może ostatniego razu.
Wszystko to na zawsze pozostałby nieodkryte i niedoświadczone, gdyby właściciel tamtego worka na śmieci nie wpadł na swój futbolowy pomysł.

Pająk chrupie po cichu i już myśli, gdzie by tu usnuć kolejną sieć.